3 marca 2015

"A ty siej, a nóż coś wyrośnie"

Jak pomyśle, że przyjdzie jakaś obca, pyskata baba i kiedyś zabierze mi synka. Przekabaci go na swoją stronę i zawróci w głowie to wrrrrrrrr.
Jak już kiedyś podkreślałam to bardzo ciężkie zadanie, wychować dzieci na dobrych ludzi. Takich co mają morale, empatie itp. W świecie, gdzie wszystko jest na już, gdzie "człowiek, człowiekowi wilkiem". Wychowywanie dzieci to niestety codzienna "orka" na bardzo podatnym na chwasty gruncie.

Rozmowa

Podobno najlepsza forma wychowywania to rozmowa. Tylko jak tu rozmawiać, kiedy mały buntownik złości się, krzyczy, pyskuje? Jak nie dać ponieść się nerwom?
Jesteśmy tylko ludźmi. Nie mamy anielskich cierpliwości. Jak mówić spokojnie, gdy czujesz się jak worek z popcornem w mikrofalówce:))))

Otóż nie wiem?

Sama mam dosyć oporne okazy do negocjacji. Na moje jedno zdanie tworzy się Epopeja Narodowa. Na moje argumenty są zaraz kontr argumenty. Tak, krzyczenie jest porażką, ale czy na pewno? Czy dobrze uczyć dziecko, że mama nie krzyczy, że trzeba tłumić w sobie złość, że trzeba mieć kamienną twarz i nic po sobie nie pokazać, np. gdy wchodzę do łazienki i widzę jak moja 2 letnia pociecha na mojej świeżo wypucowanej - resztkami sił zapracowanej matki -  podłodze rozciera moje kulki brązujące (które dodam nie są już kulkami, a proszkiem) to chyba naturalne jest podniesienie głosu. Próba wyjaśnienia w opanowaniu, kiedy dym wychodzi uszami jest oszustwem. Dziecko ma w nosie, że jest ci smutno, empatia (odczuwanie emocji i uczuć innych) rozwija się ok. 6 roku życia). Dla naszego malucha  to była super zabawa.
Oczywiście jest różnica miedzy krzykiem, ubliżaniem, grożeniem a krzykiem nie zadowolenia. Nie uczmy dzieci bycia manekinami.
Dobrym pomysłem jest powiedzenie: "jestem na ciebie bardzo zła, porozmawiamy jak się uspokoję".  Tylko też trzeba brać pod uwagę w jakim wieku jest dziecko. Dwulatek  ma twój stan emocjonalny w nosie, bo tak małe dzieci działają tu i teraz i za chwile pochłania je zupełnie coś innego ( np. wymazanie Sudocremem telewizora:))

Kary i nagrody
A to dopiero temat rzeka.........Jak świat światem rodzice stosowali system kar. Kary są różne i zależą od zdolności twórczej rodziców.
Kiedyś usłyszałam, że najlepsza jest kara, zakaz wszystkiego do odwołania: hahahah. To oczywiście żarcik taki, ale same wiecie, że przy natłoku argumentów i dzieci, kary się czasami zapominają(same:))
Uczono nas, że kara za dane przewinienie musi być jedna i wyjaśniona. Musi być też konsekwentnie przestrzegana. Jeśli stosujemy kary, muszą być też nagrody.
Nagroda  nie musi być rzeczowa, czasem nawet dodatkowe 30 min na jakieś zabawy z rodzicami, gdzie w toku dnia nie jest to proste jest super niespodzianką. Wychowywanie bezstresowe jest z natury czymś innym niż to w Polsce się spostrzega. W wychowaniu bezstresowym kara jest naturalną konsekwencją przewinienia. Kary i nagrody nie są złe, uczą dzieci doceniania ciężej pracy, przestrzegania zasad i ponoszenia konsekwencji.

Jestem zła ale kocham.
Małe dzieci myślą, że jak mama krzyczy to nie kocha.  Poczucie, że mama nie kocha pojawia się często gdy dzieci maja kare lub nie dostana tego co chcą.
Mamy prawo być złe, mamy prawo krzyknąć, rozzłościć się, ale najważniejsze w tym jest przede wszystkim jedna sprawa - myślenie.
Dziecko musi wiedzieć, że obojętnie co się dzieje to są tylko emocje, a miłość jest stałym uczuciem i nie ulega zmianie. Chyba najwspanialszą rzeczą jaką rodzic może dać dziecku to poczucie, że obojętnie co się stanie dom to zawsze twoje miejsce.

Akceptacja
Nasza starsza babka jest bardzo pyskata. Ale ma też wiele zalet. Kochamy ją taką jaką jest, choć potrafi napsuć krwi. Podkreślam  z uporem osła, że obojętnie jaka jest, to jest jej dom, jej rodzina i zawsze tak będzie. Nawet jak w złości krzyczy, że w domu dziecka miała by spokój (o naiwności) mówię, a ja ciebie kocham.

Dobre wspomnienia.
Po całym dniu pracy, gotowania, prania, sprzątania opieki nad trójką dzieci łatwo zapomnieć, że to co dziecko doświadcza w domu prawdopodobnie będzie projekcją w jego własnym domu, gdy już urośnie. Podkreślamy, że matka to nie służąca. Uczymy, że trzeba cenić pracę i pomagać w obowiązkach. Staram się co niedzielę upiec ciasto, jeść razem, puszczać kolędy, robić pierniki, chruściki. Wprowadzać nasze tradycje. Chcę ABY DZIECI MÓWIŁY: "u nas tydzień po mikołajkach robiliśmy pierniki a w Wielką Sobotę malowaliśmy pisanki.

Każda z Was na pewno ma wiele takich rad i obserwacji. Nie chce aby ten post był powodem do nagonki. Każdy sam buduje swoje doświadczeniu bycia rodzicem.Jedno jest pewne i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Dziecko nie może być twoim przyjacielem. W przyjaźni obie osoby są na równych prawach.W relacjach dziecko-rodzic, tak się nie da. Tylko przez stawianie granic, wymagania da się wychować dziecko ta aby radziło sobie w świecie dorosłych. W świecie w którym nikt go nie będzie oszczędzał i nie raz będzie musiał umieć ponieść porażkę.




19 lutego 2015

PRZYCHODZI MATKA DO LEKARZA...........






          Na pewno każda z Was, nie raz znalazła się w sytuacji, że musiała udać się gdzieś z dziećmi, choć nie powinna.
    Zazwyczaj kiedy muszę gdzieś wyjść w godzinach, gdy maż pracuje szukam dla dzieci opieki.Niezawodna teściowa przyjeżdża jak tylko może .Ale bywają takie dni, że trzeba coś załatwić a niestety pomocy nie ma.
    Tak więc wybrałam się ostatnio z bardzo silnym zapaleniem swojego własnego ucha do laryngologa a towarzyszył mi, początkowo bardzo mrukliwie mój 3 miesięczny syn.Ambitnie wybrałam się autobusem. Było ślisko, myślę tak bezpieczniej.Synek niczym ideał spał smacznie cala drogę dając mi tym samym nadzieje, że wizyta przebiegnie bezboleśnie .Ale niestety w czasie czyszczenia ucha kiedy już leżałam, syn zaczął płakać.Nie moje drogie, mój syn to prawdziwy dziedzic nie ma co...nie uspokoiło go kołysanie,bujanie wózkiem, rączki pani pielęgniarki, a nawet po 15 minutach, jak już mogłam zejść, moje.Śpiewał tak, że postawił wszystkich na nogi, Zdenerwował matkę w jej bezradności.Zgromadził całkiem niezła publiczność. Wiec owy "wrzaskun" na rekach beczy niczym owca. Ja mam dalej badanie słuchu ale słyszę tylko płacz.Obok badają słuch niedosłyszącym i wkurzają się. Biorę wiec receptę i bez diagnozy wychodzę. Postanawiam nakarmić go mlekiem ale za gorące. Chce ostudzić ale wc. zamknięte na cztery spusty, jakby tam ustęp był co najmniej ze złota. Stoje wiec z moją małą beksą na jednej ręce a w drugiej mam butla i studzę. Żałuję, że nie mam trzeciej ręki bo śmierdzi okropnie to choć nos bym zatkała.W końcu  butla i co? minuta a on....śpi.Nie muszę chyba wspominać jak psiaczyłam w myślach. Jak się zestresowałam i jaka byłam mokra. Całą drogę wracałam z myślą "nigdy więcej"
JEDNAK MYŚLĘ,ŻE TAKIE SYTUACJE BĘDĄ JESZCZE NIE RAZ.....prawda mamy?Jak Wy radzicie sobie w takich sytuacjach, macie kogoś do pomocy, jakieś skuteczne metody?